Kiedy
marzenie stało się rzeczywistością
Marzenie o Afryce towarzyszyło mi od czasu, gdy w gimnazjum w ramach kółka geograficznego, razem z moją przyjaciółką Magdą, podczas przygotowań do olimpiady odbyłyśmy niezliczoną ilość podróży palcem po mapie tego kontynentu. Prawie w tym samym czasie proboszczem w naszej parafii został ksiądz Zbyszek Regucki, który ze studentami ze swojej poprzedniej parafii właśnie wrócił z doświadczenia misyjnego w Etiopii. Gdy się o tym dowiedziałyśmy, wystarczyło jedno spojrzenie, by pojawiła się myśl – a może była to już decyzja – My też pojedziemy z nim do Afryki. I tak też się stało.
We wrześniu 2019 roku wraz z kilkunastoosobową grupą studentów i księdzem Zbyszkiem dotarliśmy do Buhemby. Naszym głównym celem było przeprowadzenie półkolonii dla dzieci z okolicznych wiosek, choć pomagaliśmy również w różnych pracach budowlanych i gospodarczych na terenie misji. W szkołach w Tanzanii był to czas wakacji, który dla miejscowych dzieciaków zazwyczaj wiązał się z pomocą w domu: noszeniem wody ze studni odległej nawet o kilka kilometrów, prowadzeniem zwierząt na łąki, czy pracą na rodzinnych polach fasoli i kukurydzy. Tym razem Ojciec Maciej ogłosił, że dzieci nie mają pracować w wakacje, tylko przyjść się z nami bawić. Wydawać by się mogło, że zabawa stanowi nieodłączny element dzieciństwa – tutaj okazała się ona luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić. Z początku dzieci były nieufne, ale z czasem, jak się poznawaliśmy, coraz bardziej się otwierały i coraz więcej osób dołączało do naszej zabawy. Widać to było zarówno w skali dnia, jak i całego tygodnia. Od rana – na początku zajęć – pojawiało się zaledwie kilkanaścioro dzieci, ale po południu, kiedy zabawy dobiegały końca, tak by dzieci mogły spokojnie wrócić do swoich często daleko położonych domów, grupa stanowiła ponad 100 osób. Grupa wolontariuszy, z którymi pracowałam, jeździła na zabawy do Magungi – wioski kopaczy złota, w której w ostatnim tygodniu półkolonii naliczyliśmy (na ile to było możliwe przy tak ruchliwych istotkach) prawie 300 dzieciaków. Przed przyjazdem do Tanzanii każdy z nas posiadał już mniejsze lub większe doświadczenie z prowadzenia zabaw lub innych zajęć dla dzieci – w Buhembie skala stojącego przed nami zadania była jednak zupełnie inna: wyzwaniem była nie tylko bariera językowa, możliwa do pokonania dzięki nauczycielom ze szkoły założonej przez Ojca Macieja, którzy pełnili rolę tłumaczy, ale i to, że trzeba było się dostosować do prowadzenia zajęć w znacznie liczniejszych grupach. Podczas wspólnych zabaw z dziećmi przypomnieliśmy sobie, jak niewiele potrzeba do szczęścia – wystarczał zaledwie jeden głośnik, lina, kilka piłek i wiaderek, by zabawa była przednia przez cały tydzień.
Pobyt w Tanzanii był także czasem spotkania z każdym, kto chciał nas poznać. Wiele osób zapraszało nas do siebie na kolację: dla nas kolejny, a dla nich jedyny posiłek w ciągu dnia. Mimo, że mieli tak niewiele, chcieli się tym podzielić i spędzić z nami wspólnie czas.

Do Buhemby wróciłam ponownie cztery lata później. Półkolonie odbywały się tym razem w znacznie mniejszej grupie. Zespół wolontariuszy był mniej liczny, ale dzieciaki, jak zwykle nie zawiodły. Choć przez cztery lata dużo się zmieniło: powstała sala gimnastyczna z pełnowymiarowym boiskiem oraz internat dla dzieci zdających egzaminy państwowe na koniec poszczególnych etapów edukacji, a Ojciec Maciej rozpoczął budowę szkoły średniej dla pierwszego rocznika dzieci, które ukończyły szkołę podstawową, od pierwszego momentu czułam się w Buhembie jakbym wróciła do domu. Najbardziej poruszające były dla mnie spotkania z osobami, które pamiętałam z pierwszego pobytu w Tanzanii – zwłaszcza, że oni również mnie pamiętali. Po raz kolejny spotkaliśmy się z ogromem życzliwości i gościnności. Nasze spotkania, podobnie jak i poprzednio, były bardzo proste – zazwyczaj ograniczały się do wspólnego posiłku, ale z każdego wychodziliśmy z poczuciem w sercu, jakbyśmy właśnie wyszli od dobrych znajomych.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się kiedyś do Buhemby wrócić. Tęsknię za Afryką, której pięknem są przede wszystkim ludzie z ich radością i gościnnością. Niech Pan Bóg błogosławi każdemu z nich i dziełu
Ojcu Macieja.
Tutaonana, Ania



